Casablanca – przygody w drodze do domu

Meczet w Casablance

Moja droga do domu z założenia miała być długa. Kiedy kupowałam bilety powrotne, kierowałam się głównie ceną, nie mając zielonego pojęcia ile jeszcze uda mi się zarobić do wyjazdu. W związku z tym logicznym było obniżenie kosztów poprzez prawie dobową przesiadkę w Maroko i lądowanie w Mediolanie, w miejsce krótszego lotu do Polski. Jako bonus pojawiła mi się tu Casablanca, na której zwiedzanie miałam cały dzień, a potem wizyta u koleżanki z Włoch! A przecież w spaniu na lotnisku miałam już doświadczenie. Biorąc pod uwagę, że w Maroko zostawałam jedynie z bagażem podręcznym, nie zapowiadało się to jakoś problematycznie.

Lot São Paulo-Casablanca miał trwać 9h. Z uwzględnieniem stref czasowych, lądowanie w Maroko przypadało w sobotę w południe. Potem, następnego dnia z samego rana, lot do Mediolanu i tam 1.5 dnia z nocką u znajomej. W poniedziałek popołudniu wyjazd Flixbusem w kierunku Polski i we wtorek „lądowanie” we Wrocławiu.

Pierwsza niespodzianka od Royal Air Maroc

Zaskoczono mnie już w piątek na lotnisku, kiedy oddawałam bagaże. Nagle okazało się, że żadnej nocki na walizkach ani „diety krakersowej” nie będzie, ponieważ linie Royal Air Maroc oferują hotel osobom o tak długich przesiadkach! Szczerze przyznam, że pierwszy raz w życiu zdarzyło mi się coś takiego. Naprawdę byłam pod wrażeniem, ponieważ kupiłam taki bilet, licząc się z niewygodami, po to, żeby zaoszczędzić. A przecież jeśli oferują hotel i pełne wyżywienie, to to wcale już nie brzmi jak podróż niskobudżetowa!

Ostatecznie lot z São Paulo był opóźniony o ponad godzinę. Dzięki odpowiedniemu uprzedzeniu mogłam spędzić trochę więcej czasu na pożegnaniu. A potem już tylko spałam i było mi absolutnie wszystko jedno.

Casablanca – jak to było z tym zwiedzaniem

W Casablance wylądowaliśmy wczesnym popołudniem. Spodziewałam się rześkich 21C po prognozach pogody, ale przywitał mnie upał. Z autobusu transportującego pasażerów do budynku lotniska, przez szybę zobaczyłam stewarda machającego z samolotu moim starym (na szczęście niemalże bezużytecznym już od pół roku) telefonem. Odetchnęłam z ulgą, że to nie ten zastępczy, służący mi do komunikacji. Wszystkie ważne rzeczy szczęśliwie miałam przy sobie.

„Wiza? Jaka wiza?”

Na lotnisku kolejki były w różne strony. Zapytałam kobiety kierującej ludźmi na lewo i prawo co dalej. Wyjaśniłam, że to przesiadka. Potem, że jednak chodzi mi o możliwość wyjścia na zewnątrz. I tu pojawiło się pytanie mrożące krew w żyłach:
„Ma pani wizę?”
Przez moją głowę myśli przebiegły pędem i zostawiły za sobą wielką pustkę. Wizę? Jaką wizę…? Jakoś wcześniej ani przez moment nie zastanowiło mnie, czy Polacy do Maroko mogą wjeżdżać bez problemu, czy nie. Nie pomyślałam też, czy potencjalny hotel może wymagać ode mnie opuszczenia lotniska (No raczej!). Ale przecież i tak miałam w planach je opuścić na jakieś zwiedzanie! A tu wiza!

Po chwili zastanowienia oświecenie spłynęło na mnie jednak jak na barokowy salon. Przecież ja wracam z Brazylii, a Brazylijczycy pewnie jak zwykle mają tu pod górkę!
„Ale ja z Europy jestem!” wykrzyknęłam jak Archimedes swoje „Eureka”. Babka spojrzała na mnie jak na lekko niezrównoważoną, ale pokazała ręką na kontrolę paszportową. No dobra. Jak będzie wiza potrzebna, to najwyżej jednak przekimam się tutaj i tyle. Ruszyłam.

Przygodę czas zacząć!

Na szczęście mój paszport nie wydał się nikomu ani trochę podejrzany, a Marokańczyk w okienku nawet się do mnie uśmiechnął przy jego sprawdzaniu. Jak się później dowiedziałam, Polacy mogą bez problemu wjechać do Maroko aż na 90 dni. Na wieść, że moja podróż jest jednodniowa, kolo wbił pieczątkę bez mrugnięcia okiem. Po tym czekało mnie jeszcze sporo błądzenia po lotnisku, ale wewnętrznie mogłam już odetchnąć z ulgą.

Znalezienie działu Royal Air Maroc było nie lada wyczynem, a po drodze trzeba było przejść przez obowiązkowe trzepanie walizek. Kontrola bardzo skrupulatna. Wyjęli prawie całą zawartość mojego plecaka (składałam to i upychałam dobre pół godziny!), a potem rzeczy zwinięte w kłąb na bezczela wpychali z powrotem do środka i jeszcze narzekali, że im nie pomagam tego dopiąć. Żegnajcie moje schludnie ułożone ciuszki… Cóż.

Ostatecznie dotarłam tam gdzie miałam dotrzeć. Dostałam papier do ręki i potwierdzenie, że tak należy mi się hotel i wyżywienie, a transport jest zapewniony w obie strony. No dobra! Nie miałam co narzekać! Jedyne co, to wymeldowanie z hotelu o 04:00 rano, ale przecież to nie koniec świata. No ja nie dam rady? Pewnie, że dam.

Casablanca po zmroku

Hotel w Casablance

W pobliżu czekała już grupka osób, które wybierały się do hotelu razem ze mną. Wszyscy z tego samego lotu. Niektórzy mówili po angielsku, inni po portugalsku, a parę szczęściarzy takich jak ja – w obydwu językach. (Miałam szczęście nauczyć się całkiem sporo w Brazylii, ale wiem, że nauka języków za granicą wcale nie jest aż taka oczywista). Jako, że przygody łączą, szybko zaczęliśmy się poznawać. Szybko też okazało się, że wśród oczekujących byłam jedyną osobą, która czekała do dnia następnego z własnej woli. Dla mnie RAM wydawały się świetnymi liniami lotniczymi, bo przecież nikt im nie kazał lokować mnie w hotelu i żywić przez tę dobę, a tu taka miła niespodzianka! Dla całej reszty jednak sytuacja wyglądała trochę inaczej. Nasz lot z São Paulo miał przecież pewne opóźnienie i cała ta gromadka zwyczajnie straciła swoje przesiadki, więc hotel należał im się jak psu micha, a tu trzeba było jeszcze czekać.

Zanim zebrali się wszyscy minęło sporo czasu. Przypuszczam, że błądzenie po lotnisku i kontrola walizek miały z tym wiele wspólnego. Dobrze po 15 udało się jednak wreszcie załadować do sporego busa, który miał nas zawieść na miejsce noclegu. Podróż trwała jakieś 45min, ponieważ hotel Washington znajduje się w samym centrum Casablanki. Chyba wszyscy wypadliśmy z busa sprintem lecąc po upragniony prysznic. Niestety z marnym skutkiem, ponieważ obiad już czekał (pewnie od dawna) i polecono nam zostawić wszystko i zjeść najpierw, zanim zamkną restaurację.

Jak zmęczenie wzięło górę

Po posiłku mogliśmy wreszcie dostać karty magnetyczne do swoich pokoi i na spokojnie się odświeżyć. Było już po 17. Prysznic i chociaż chwila relaksu były tu koniecznością. Oczywiście planowałam wcześniej górnolotnie zwiedzanie z nowo poznanymi osobami, ale przecież to było parę godzin wcześniej, a jedno dotknięcie łóżka sprawiło, że resztki sił i motywacji opuściły mnie bezpowrotnie. (Swoją drogą, zanim udało mi się z tym prysznicem, miałam chwilę zwątpienia, kiedy zauważyłam, że w moim pokoju nie ma światła. I co, po ciemku się będę myła? Na szczęście jednak okazało się, że to jedynie mój brak obycia, bo w nowoczesnych hotelach karty magnetyczne służą między innymi do aktywowania prądu, o czym nie miałam pojęcia).

Ostatecznie, zamiast ruszać w drogę, ciepnęłam się na łóżko i odpaliłam kolejny odcinek „Friends” na laptopie. Nie miałam siły na nic, a przecież czekała mnie pobudka w środku nocy. Wprawdzie gdy nadszedł czas kolacji poczułam, że odzyskałam już nieco siły, ale gdy wyjrzałam za okno, było już ciemno. Przygotowana na odjazd o 04:00 postanowiłam spakować się „tak mniej więcej”, wstać o 03:20, żeby mieć czas na szybki prysznic i dopięcie walizek i o 03:50 być już na dole, tak na wszelki wypadek.

Casablanca nocą – czas na przygody mrożące krew w żyłach

Obudziłam się na szczęście zgodnie z planem. Chwilę później udało mi się dowlec do prysznica. Kiedy już spod niego wychodziłam, nagle w pokoju rozległ się głośny dźwięk telefonu stacjonarnego. Wypłoszona pobiegłam go odebrać, po drodze mocząc podłogę.
„Halo?”
„Jest 03:30. Kierowca powinien być za jakieś 15min.”
CO?! 15min?! MIAŁ BYĆ O 4!! … „Jasne. Już jestem prawie gotowa, zaraz schodzę.”
Świadomość braku czasu skutecznie zmotywowała mnie do wrzucenia na siebie pierwszych lepszych ubrań, zgarnięcia wszystkiego co było pod ręką i szybkiego upchnięcia tego w torbie. Już po chwili byłam gotowa. Z torbą w ręku opuściłam pokój i zjechałam windą na dół. Przed czasem.

Kiedy dotarłam do recepcji kierowca już czekał. Oddałam więc kartę magnetyczną do pokoju i zapytałam o resztę ludzi, bo nikogo oprócz kierowcy nie było.
„Tylko pani jedzie.” oznajmił recepcjonista. No i po co ten pośpiech w takim razie! Nieco sfrustrowana tym niepotrzebnym zawałem, o który mnie przyprawiono chwilę wcześniej, podreptałam za Marokańczykiem do autobusu. Zaproszono mnie na przednie siedzenie, jako, że nie było nikogo więcej. Pomyślałam, że to fajnie, ale z drugiej strony samotna podróż autobusem z jakimś typem w środku nocy wydawała mi się jednak odrobinę niepokojąca.

W centrum Casablanki o 04:00 nad ranem

Mój kierowca mówił po angielsku tylko tak na pół gwizdka. Ale przynajmniej wyglądał na gościa o dobrych chęciach i naprawdę chciał rozmawiać. Niby mieliśmy jechać od razu na lotnisko, ale kiedy dowiedział się, że dnia poprzedniego nie miałam za wiele czasu na zwiedzanie, zaproponował mi, że zabierze mnie na objazdówkę po centrum miasta. W jakiś sposób zaniepokoiło mnie to jeszcze bardziej, ale przekonał mnie dużą ilością czasu (Ten „nadprogramowy czas” to tylko dlatego, że wykurzyli mnie z pokoju przed czasem!) i ostatecznie stwierdziłam, że może to dobry pomysł, bo chociaż trochę sobie zobaczę.

Pojechaliśmy do centrum. Zobaczyłam stację kolejową, rynek, a potem osławiony meczet. W duszy liczyłam na to, że mimo wszystko nie zmarnujemy na to więcej niż te ekstra 15min. Naprawdę nie chciałam spóźnić się na samolot. W końcu jednak nadszedł moment kiedy skręciliśmy w kierunku drogi na lotnisko. I wtedy nagle świadomość strzeliła mnie jak piorun z nieba.
„O NIE!!” krzyknęłam ze śmiertelnym przerażeniem.
„Co, co się stało?” kierowca natychmiast zainteresował się sytuacją.
„Moja poduszka!” jęknęłam z boleścią. „Zostawiłam moją poduszkę w hotelu!”
„Co? Co w hotelu? Paszport? Dokumenty?” Próbował dowiedzieć się Marokańczyk, dla którego słowo poduszka było całkowicie obce.
„Nie! PODUSZKA!” wyartykułowałam znowu, pokazując rękami przedmiot pod głowę. Facet pokiwał ze zrozumieniem. No tak, ale to przecież nie paszport. To tylko poduszka… On na pewno nie zrozumie tego bólu… Na pewno po nią nie wrócimy, przecież nie ma czasu. O nie! – lamentowałam w głowie. Po chwili obserwowania mnie ze zmartwieniem koleś jednak wypalił:
„Spokojnie. Wrócimy do hotelu. Znajdziemy poduszkę.” I zawrócił wciskając gaz do dechy.

No kto by się spodziewał, że mogło być gorzej niż tylko poduszka…

Wróciliśmy. Do hotelu wpadłam biegiem, od razu wyciągając rękę po kartę magnetyczną i już leciałam do windy. 5 piętro. Pokój 509. Pędem wpadłam do środka i z ulgą sięgnęłam po drogocenny przedmiot leżący na łóżku.

poduszka zostawiona w hotelu w  Casablance

Odetchnęłam głęboko. Już z poduszką w ręku ruszyłam z powrotem do windy. Wcisnęłam „zero”. Dopiero wtedy, kiedy winda dotknęła parteru, a drzwi zaczęły otwierać się przy dzwonku, spojrzałam na swój pas, a oświecenie godne Einsteina zjeżyło mi włosy na głowie. MÓJ PASZPORT, BILET LOTNICZY, PORTFEL I WSZYSTKIE DOKUMENTY LEŻĄ NA ŁÓŻKU OBOK W NERCE PODRÓŻNEJ, KTÓRĄ POWINNAM MIEĆ BEZPIECZNIE ZAPIĘTĄ W PASIE, A KTÓREJ NIE MAM.

Natychmiast wcisnęłam piątkę z powrotem, nim jeszcze ktokolwiek zdążył się zorientować, że winda zjechała na dół i w kilku sekundach wpadałam ponownie do pokoju, żeby znaleźć czerwoną nerkę na dokumenty leżącą na łóżku. Rozejrzałam się jeszcze raz po pokoju. Tym razem miałam już wszystko. I pomyśleć, że gdyby nie ta poduszka, to w ogóle byśmy tu nie wracali! Pojechałabym na lotnisko bez paszportu! Bez biletu! A przecież koleś mnie pytał czy mam dokumenty! I nawet mnie wtedy nie tknęło! Myśli biegały mi po głowie bez ładu i składu. Na szczęście kierowca nawet nie zdawał sobie sprawy z powagi całej sytuacji. Zaśmiał się tylko na widok wielkiej poduchy, którą przyniosłam pod ręką. A potem już pojechaliśmy na lotnisko, tym razem na serio. I byliśmy mimo wszystko na tyle wcześnie, że ponowne przewalanie zawartości mojego plecaka nawet mnie już nie ruszyło.

4 myśli na “Casablanca – przygody w drodze do domu”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *