Kenia – skąd ja się tam wzięłam i po co

wazungu in kenya

Plan: Kenia – jak to się zaczęło

Media społecznościowe lubią przypominać uwiecznione niegdyś momenty. Ostatnio przypomniały mi właśnie o mojej podróży do Kenii. Wspomnienia odżyły na nowo. Tylko skąd ja się tam wzięłam? Pięć lat temu wydawało się to jeszcze całkiem nieprawdopodobne. Aż któregoś razu mój brat, Karol, wypalił:

„Ruch Światło-Życie poszukuje animatorów na rekolekcje w Kenii. Ja z Ulą planujemy się zapisać.” – pomyślałam sobie wow, ale z różnych względów osobiście się nie zgłosiłam. Sama planowałam wyjazd gdzieś do Norwegii. I właściwie o wszystkim zadecydował moment:

w Matatu w Nairobi
W matatu, Nairobi

Pewnego dnia rozmawiałam sobie w najlepsze z tatem, który usilnie próbował mnie przekonać, że wyjazd w nieznane na czas nieokreślony to słaby pomysł. Trochę w geście desperacji rzucił, żebym pojechała tak jak Karol i Ula, do Kenii, nawet na całe wakacje, ale jednak z terminem powrotu. Odrzuciłam, zgodnie z prawdą, że zapisy się już skończyły. I w tym momencie wpadł do kuchni Karol, przecinając schody jak huragan.

„Możesz się zgłosić za mnie! Ja się właśnie wycofałem, przed sekundą wysłałem maila.” – pośpieszył z wyjaśnieniem.

„Co?! Czemu?!” – zawołałam zaskoczona.

„Doszliśmy z Ulą do wniosku, że nie znamy wystarczająco angielskiego” – odpowiedział.

No i serio, gdybym miała czas, żeby to przemyśleć, to pewnie przypomniałabym sobie o wszystkich powodach, dla których wcześniej się nie zapisałam, ale w tej sekundzie po prostu popędziłam na górę, otworzyłam laptopa i wysłałam stosownego maila. Przecież ja akurat angielski już znałam. (Za to też mogę podziękować bratu, bo przecież wszystko zaczęło się od Irlandii, o czym możecie przeczytać we wpisie o nauce języków! :D) Wprawdzie przede mną były jeszcze oficjalne kwalifikacje, czyli spotkanie w Krakowie, rozmowa w języku angielskim i te sprawy, ale pierwszy krok był już za mną.

wolontariuszka w Shalom z dziećmi
w sierocińcu „Shalom”

Samej nie da rady

Jako, że akurat żyłam w tzw trybie przejściowym (rzuciłam studia nieco wcześniej), to tak naprawdę byłam gotowa jechać od razu. W Krakowie dostałam informację, że potrzebują kogoś od zaraz, żeby wszystko przygotować. Nie mogli mnie jednak wysłać samej, ze względów bezpieczeństwa, w związku z czym, trzeba było czekać na jakiegoś towarzysza.

z Martą w drodze z Mitunguu
Marta, moja towarzyszka podróży <3
Mitunguu, Kenia

Marta – która ostatecznie ze mną pojechała – na początku w ogóle nie była przekonana. W Krakowie była raczej towarzysko niż z planem. Na jej deklarację trzeba było poczekać, ale koniec końców ze wszystkich zainteresowanych osób to ona się na ten krok zdecydowała.

Praktycznie się nie znałyśmy. Ja spod Wrocławia, ona spod Warszawy. Na zapoznanie przed samym wyjazdem, miałyśmy tak naprawdę najwyżej parę dni. I już na początku całej przygody zaczęło wychodzić, że nie od razu czytałyśmy sobie w myślach. Na szczęście podróże i wspólne przeżycia zbliżają, jak mało co innego. Zresztą, kiedy obydwie zdobyłyśmy się na więcej zaufania, okazało się, że lepszej towarzyszki mieć nie mogłam.

Po co to wszystko, czyli „Kenia Welcome Big*”

Po co myśmy jednak do tej Kenii pojechały? Co myśmy tam robiły? Otóż w te wakacje planowane były rekolekcje Ruchu Światło-Życie w Meru, a my zostałyśmy odpowiedzialnymi za ich przygotowanie. Cała reszta ekipy miała dołączyć w półtora miesiąca po nas, dopiero na kilka dni przed rekolekcjami. Takie przygotowanie polegało na jeżdżeniu po okolicy i rozprzestrzenianiu wiadomości o możliwości uczestnictwa, oraz zbieraniu chętnych i ich sprawdzaniu.

*”Welcome big” to właśnie specyfika kenijskiej wersji angielskiego. Takich kenijskich kwiatków było na pęczki i aż żałuję, że nie zachowałam smsów, bo to są po prostu perełki XD

Dwie dziewczyny, Polki w Kenii

Kenijczyk – „stworzony by zadowalać”

Pytanie dlaczego ogłaszanie osobiście oraz „sprawdzanie” potencjalnych uczestników było konieczne. Odpowiedzią jest charakterystyka typowego Kenijczyka.

W cechach pozytywnych trzeba wymienić:

  • Gościnność. – Co jak co, ale Kenijczycy są niezwykle gościnni, nawet jeśli niewiele mają do zaoferowania. Z Martą jeździłyśmy po miasteczkach i wioskach i dzięki kontaktom od znajomych zawsze miałyśmy gdzie spać.

  • Pozytywne nastawienie i uśmiech. – Chociaż w ich życiu bywa różnie, Kenia to miejsce gdzie łatwo znaleźć ludzi z uśmiechem na twarzy.

  • Pomocność. – Podczas podróży uzyskałyśmy naprawdę wiele pomocy i potrzebnych objaśnień.

W cechach budzących mieszane uczucia trzeba koniecznie zaznaczyć:

  • Chęć zadowolenia rozmówcy. – To jest cecha z mojego punktu widzenia katastrofalna i nie mająca sensu. Już śpieszę z wyjaśnieniem: Kenijczycy wierzą, że rozmówca powinien odejść po zakończeniu rozmowy ZADOWOLONY. To znaczy, że trzeba na wszelkie jego potrzeby odpowiedzieć pozytywnie. A co z tego później wyjdzie, to już nie ważne. Przykład: chcesz się z gościem spotkać w czwartek, ale jemu czwartek kompletnie nie pasuje. Rozmowa kończy się radosną zgodą na spotkanie w czwartek, a w czwartek gościa po prostu NIE MA. Ale przynajmniej podczas tamtej rozmowy było miło!

  • Szczerość w wyrażaniu potrzeb. – Po polsku nazwalibyśmy to „nachalność i żebractwo”, ale chyba ich nazwa jest bardziej dyplomatyczna. Kenijczycy wierzą, że wyrażanie swoich potrzeb jest kluczowe w dążeniu do ich spełnieniu, bo przecież skąd masz wiedzieć np, że potrzebują pieniędzy, jeśli Ci o tym nie powiedzą?! Dlatego właśnie bardzo chętnie mówią o rzeczach, które by im się przydały, albo pytają czy im coś dasz/ przywieziesz/ kupisz etc. Warto tutaj wiedzieć, że oni nie obrażają się za odmowę. Uważają, że jak nie masz, to zwyczajnie nie dasz, ale i tak warto spróbować (i w tym próbowaniu potrafią być niekiedy BARDZO nachalni)

  • Bóg jest dla nich wszędzie i jest to ogromny element ich kultury. Zdaje się, że jest on na ustach każdego, a do tego we wszystkich busach, na wszystkich bilbordach i prawie w każdej piosence, lecącej z ogromnego głośnika. Problem polega raczej na tym, że ma to bardzo niewielkie zastosowanie w życiu prywatnym, a poza tym, większość ludzi nie odróżnia tam protestantów od katolików i wszystko im jedno do którego kościoła pójdą, albo na czyje rekolekcje się zapiszą. To przysparzało nam wiele problemów podczas zapisów, ponieważ nasze rekolekcje były KATOLICKIE, a wiele osób nie do końca to rozumiało.

"Jesus is the answer"

W cechach z europejskiego punktu widzenia całkowicie negatywnych warto dodać:

  • Mówi się, że biali mają zegarki, a czarni czas. I to jest prawda. Bycie w Kenii oznacza, że trzeba całkowicie wyłączyć europejskie planowanie. NIE DA się zaplanować spotkania konkretnie, ani na daną godzinę. Każdy kiedy przyjdzie to przyjdzie. Spotkania wieloosobowe sprowadzają się do tego, że marnujesz kilka godzin czekając na zbierającą się grupę, albo prowadzisz je sam dla siebie. To między innymi dlatego trudno było uczestników zebrać. Zdarzały nam się sytuacje, gdzie ktoś twierdził, że już dojeżdża, kiedy jeszcze z domu nie wyszedł i czekałyśmy po kilka godzin na stacji.

  • Umówienie się z kimś na coś telefonicznie praktycznie nie ma sensu. Z ludźmi trzeba się spotykać, wszystko dokładnie przedyskutować, o wszystko wypytać, a potem… DZWONIĆ I PRZYPOMINAĆ JESZCZE WIELE WIELE RAZY. Bo długoterminowe plany dla nich nie działają. Rzeczy powiedziane raz, to jak nigdy. Dwa razy, to jak nieważne. Od trzech razy w górę zaczyna się powolne planowanie. Chociaż oczywiście za każdym z tych razów na pewno ze wszystkim się zgodzą.

Obraz może zawierać: 4 osoby

Z powyższych względów nasza rola przed rekolekcjami była kluczowa dla zaistnienia tego przedsięwzięcia. Razem z Martą dzwoniłyśmy po wszystkich kontaktach, które dostałyśmy, próbowałyśmy nieustannie umawiać spotkania, jeździłyśmy po parafiach i szkołach i starałyśmy się zaplanować wszystko na maksa naszych możliwości.

Czy było warto?

Obraz może zawierać: 5 osób, uśmiechnięci ludzie

Na to pytanie odpowiedź jest oczywista: TAK. Zresztą, o tym dość dobrze świadczy fakt, że rok później pojechałam do Kenii po raz drugi. Zarówno w 2015, jak i w 2016 roku udało nam się zorganizować wspaniałe rekolekcje i przeżyć mnóstwo niesamowitych chwil. Poznałam wielu naprawdę świetnych ludzi. Zobaczyłam jak mogę mieć realny wpływ na życie innych. To było doświadczenie, którego nigdy nie zapomnę. A przecudowne listy od dzieci z sierocińca, którym prowadziłam małą grupę, do tej pory trzymam w pudełku na wzruszające, inspirujące i podnoszące na duchu cuda.

Dzisiaj tyle, chociaż o samej Kenii jako takiej na pewno jeszcze napiszę. Jest tyle rzeczy do opowiedzenia! Niestety ostatnio życie uniwersyteckie i nie tylko, trochę mnie przytłaczają. Ale o tym może innym razem 😉

Tagi:

2 myśli na “Kenia – skąd ja się tam wzięłam i po co”

  1. To fantastyczne wspomnienia. A ja właśnie prowadzę kurs „Biblia o finansach”. Mogłabyś opisać jak taką podróż sfinansować, bo to też bardzo ciekawy wątek z Twoim udziałem.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *