Monaco, Taizé, Valencia i Sylwester na haju

Ledwie kilka dni temu we Wrocławiu gościliśmy pielgrzymów Europejskiego Spotkania Młodych, znanego wielu pod uproszczonym mianem „Taizé”. Ta nazwa pochodzi od międzynarodowej wspólnoty ekumenicznej z Taizé, założonej w 1940r. we Francji. Od wielu lat młodzież między 18 a 35 rokiem życia spotyka się w różnych miastach Europy na przełomie starego i nowego roku, aby wspólnie modlić się o pokój na świecie i przeżywać Święto Narodów, czyli wejście w Nowy Rok. Ja z kolei 4 lata temu sama byłam jedną z tych młodych, a naszym punktem docelowym była Valencia.

Valencia

Jechaliśmy autokarem. My, czyli zorganizowana grupa ludzi z dość odległej mi parafii, których w ogóle nie znałam. No, za wyłączeniem koleżanki ze studiów, która mnie zaprosiła, a teraz siedziała ze swoją siostrą po drugiej stronie. Ja siedziałam obok przypadkowego gościa i zastanawiałam się czy to aby na pewno był dobry pomysł.

Jechaliśmy przez Monako, gdzie mieliśmy całodniowy postój na zwiedzanie. Dotarliśmy o świcie. Miejsce od razu całkowicie mnie urzekło. Z przepięknej skarpy mieliśmy wspaniały widok na morze. Przed rozejściem się, obejrzeliśmy wspólnie wschód słońca.

Monako, widok na morze, świt
Monako

Monako jest państwem tak maciupeńkim, że rzeczywiście wystarczy jeden dzień, by mieć poczucie, że widziało się już wszystko. Od rana do późnego popołudnia szlajaliśmy się urokliwymi uliczkami i podziwialiśmy sztuczny śnieg i własne odbicia w choinkowych bombkach. Od czasu do czasu mijaliśmy zaparkowane ekstrawagancko Lamborghini lub Ferrari albo wpadaliśmy na odlane stopy gwiazd futbolu.

Monako, to państwo bogatych ludzi. I to bogactwo widać na każdym kroku. Nic dziwnego, że kogokolwiek na to stać, chętnie się tu zjawia i zostaje na dłużej. A jednak pyszne karmelowe frappuccino w Starbucksie mają po 5€. W przeliczeniu na nasze niby wychodzi podobnie, no ale…

Do Valencji dotarliśmy 28 grudnia. Musieliśmy podzielić się na grupy 10 osobowe, które to potem przydzielano do konkretnych parafii. Przylgnęłam do koleżanki ze studiów, ale szybko okazało się, że nic z tego, ponieważ ze znajomymi jej siostry mieli już niestety komplet. Trafiłam więc do grupy przypadkowej. Przez chwilę łezka zakręciła mi się w oku, ale jednak szczęście się do mnie uśmiechnęło. Moja grupa okazała się zgraną, a jednak otwartą paczką, która przyjęła mnie z otwartymi ramionami. Mnie i jeszcze 3 inne przypadkowe dziewczyny, z którymi ostatecznie skończyłam w jednej rodzinie.

fontanna w Walencji
Valencia

Rodzina, do której trafiłam miała dwa mieszkania. W związku z tym odstąpili nam właściwie cały dom dla siebie. Trzeba było tylko dogadać się w kwestii włączania bojlera, żeby mieć ciepłą wodę, co było nie lada wyczynem z moim ówczesnym hiszpańskim. Jakoś jednak daliśmy radę. Mimo, że nie mówiłam jeszcze za dobrze, moje podstawowe umiejętności niejednokrotnie uratowały nam wtedy tyłki.

Przez większość czasu cały nasz pobyt skupiał się właściwie na zwiedzaniu. Dwie dziewczyny z naszej ekipy chodziły własnymi ścieżkami, ale pozostali trzymali się razem. Valencia to miasto przepięknych kościołów i zabytków. Poza tym jest też plaża. I palmy. Zdecydowanie było co robić.

Prawdziwa zabawa zaczęła się jednak w Sylwestra. Trzydziestoletni syn naszych gospodarzy zawitał w „nasze” progi. Powiedział, że co roku organizuje w tym mieszkaniu imprezę sylwestrową i chciałby to zrobić i tym razem. Kilku znajomych i trochę jedzenia, żadna wielka wiksa. Nie było co się nie zgadzać. Dostałyśmy nawet zaproszenie, ale przecież Taizé miało własne imprezy organizowane po parafiach. No więc ustalone.

31.12 wróciłam do mieszkania około 19, po intensywnym zwiedzaniu. Nasza impreza miała się zacząć dopiero koło 21, więc miałam jeszcze trochę czasu. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu dom był jednak PEŁNY. Jakieś 20 osób, sami faceci i wszyscy pod 30, albo może i po 30. Ktoś grał na gitarze, ludzie śpiewali, mieszkanie wypełnione było czymś jakby dymem. Na stole leżały misy z owocami morza. Bleh. Postanowiłam jednak na trochę zostać. Cóż lepszego miałam do roboty. Zresztą, w krótkim czasie nastrój i mi się udzielił, a później reszta dziewczyn wpadła również na chwilę i zrobiło się jeszcze weselej.

Miałam dołączyć do reszty znajomych. Dziewczyny już dawno poszły. Ale mi jakoś przestało się spieszyć. W przypływie lekkości spojrzałam nawet na stół zastawiony najokropniejszymi „przysmakami” z jakich słynie Valencia (większość mnie tu zaraz zlinczuje, bo jakże można gardzić owocami morza?!) przychylniejszym okiem. Cenę za to zapłacił jeden z przystojnych Hiszpanów, bo w porywie odwagi nadgryzłam małża, a sekundę później z obrzydzeniem wepchnęłam mu go do buzi. Nawet się nie obruszył. Cóż. Wytłumaczenie tak absurdalnego zachowania ze swojej – i nie tylko – strony znalazłam dzień później. Przed północą wybiegłam na ulicę śpiewając tkwiące w głowie piosenki. Dołączyłam do reszty niezwykle ucieszona i wszyscy, włącznie z bratem zakonnym z Ameryki Południowej, zostali obdarzeni radosnym uściskiem. Niektórzy nawet tańcem. O północy zjedliśmy po 12 winogron, żeby uczcić hiszpańską tradycję. Ktoś mi zarzucił brak tęczówek. Podobno źrenice zajęły mi całe oczy. Ale za to było wesoło!

To był pierwszy i ostatni raz kiedy zupełnie przypadkiem się zjarałam. Jak się okazało, z „naszego” mieszkania zrobiono hasz komorę. Jak wróciliśmy po imprezie moje koleżanki od razu zauważyły, że cała chata wali marihuaną. Ale co ja biedna mogłam wiedzieć? XD

4 myśli na “Monaco, Taizé, Valencia i Sylwester na haju”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *